blog background
 
Pojznerjeke: Pojzner Jeke
mniejszość, Poznań, historia, współczesność, przyroda, zieleń
metka_epoznan
Exodus poznański - czy to już depopulacja? Mniej niż pół miliona poznaniaków
ok
37
not ok
3
liczba odsłon: 730
Dowiedzieliśmy się ostatnio przez przypadek, że nie jesteśmy już miastem półmilionowym. 

Z wypowiedzi zamieszczonej na dzielnicowym portalu, jakiej udzieliła rzeczniczka prezydenta miasta Poznania*, wynika, że w Poznaniu mieszka (a ściślej: jest zameldowanych) 484 tys. osób. 

Pewnie nie oznajmiono by nam tego w tak otwarty sposób, gdyby nie fakt, że w myśl przepisów liczba ta jest niezbędna do ustalenia zasad wyborczych do rady miasta. 

Tymczasem wybory za pasem. W trakcie tworzenia ostatniej ordynacji wyborczej do samorządu (2012) było nas ponad pół miliona (wg różnych danych od 525 do 537 tys.), a więc do Rady Miasta w 2014 r. wybieraliśmy 37 przedstawicieli. Obecnie będziemy ich wybierać - jesienią tego roku - zaledwie 34. Spadek zameldowanych w ciągu niespełna dwóch kadencji o ok. 53 tys. jest wstrząsający.

Wcześniej tak dramatyczne spadki ludności, jak w ostatnich trzech dekadach, mieliśmy - toutes proportions gardeesw XVII i XVIII stuleciu, w czasie wojny północnej, podczas Potopu Szwedzkiego i po walkach Konfederacji Barskiej.

Nie lamentuję rzecz jasna nad likwidacją in spe kilku foteli radnych w sali sesyjnej poznańskiego Magistratu. Problem poznańskich radnych to w moim mniemaniu i tak bardziej problem jakościowy, niż ilościowy. 

Ale oszczędność na redukcji kilku mandatów radnych jest i tak znikoma w stosunku do strat, wynikających z tego exodusu mieszkańców.

Martwią mnie społeczne i ekonomiczne skutki tego wyludniania. Wiadomo, że mniej mieszkańców to mniejsze wpływy z podatków, zastój konsumencki i zaburzenia gospodarki. To także mniej opłacalnych inwestycji i mniejsza wytwórczość ludzi. To wreszcie zaglądająca nam coraz bardziej w oczy drożyzna.

Do tego zjawiskiem paradoksalnym, choć jak najbardziej regularnym jest zwiększanie się liczby seniorów w Poznaniu, która jest ściśle skorelowana ze zmniejszaniem liczby ludności. Niebawem będą oni stanowić aż czwartą część ludności miasta. Liczba osób w wieku poprodukcyjnym rośnie w Poznaniu w galopującym tempie i osiąga rozmiary niespotykane dotychczas w poznańskiej demografii. Inna sprawa, że jest to zjawisko typowo polskie.



Będziemy więc miastem ludzi starych, z wyludnionym śródmieściem, zajętym przez banki i agencje kredytowe, tancbudy i alkoholowe wyszynki. Miastem pustych (i  niefunkcjonalnych) dróg rowerowych, przeskalowanych inwestycji komercyjnych, dzierżawą wąskiego establishementu. Patrząc na poziom opieki społecznej i zdrowotnej w Poznaniu, nie mam wątpliwości, że na czekające nas wyzwania jesteśmy rażąco nieprzygotowani, skoro dzisiejszy senior na podstawowe zabiegi rehabilitacyjne czeka nawet rok.

O liczebności Poznania stanowią też studenci, których ma być około 110-120 tys., choć tylko część z nich jest w mieście zameldowana. Drugą grupą, która w ostatnich latach nabiera znaczenia, są pracownicy zagraniczni, szczególnie z Ukrainy, nie brani jednak pod uwagę w przepisach meldunkowych, a do tego często pracujący na czarno. Obie te grupy, choć odmienne od siebie i na swój sposób stanowiące pewien potencjał, są jednak mobilne, chwiejne i wiele należałoby zrobić, aby miasto skorzystało en masse z ich obecności. Jak się wydaje póki co działania takie okazywały się bezskuteczne.

Po 30 latach tak zwanej wolności osiągnęliśmy poziom demograficzny z czasów wczesnego Gierka (485 tys. w 1972 r.)! Tyle tylko, że kilka lat później w PRL nastąpił progres demograficzny, za sprawą którego w Poznaniu w roku 1990 mieszkało już 600 tys. ludzi. 

Po 1990 roku mieliśmy do czynienia już tylko ze stopniowym odpływem ludności, który szczególnego tempa nabrał w czasach prezydentury Grobelnego, a - co ciekawe- gruchnął ostatnio, po 4 latach prezydentury Jaśkowiaka hiobową wieścią o spadku do niższej ligi miast poniżej półmilionowych. 

Zaiste jest w Poznaniu w ostatnich kilkunastu laty coś iście gierkowskiego. Megalomańskie inwestycje typu deficytowy, kredytowany z wydrenowanych kieszeni podatników stadion miejski (już w tej chwili z nazwą prywatnego koncernu), wyprzedane za bezcen grunty pod mało efektywne ekonomicznie, monstrualne centra handlowe, które zdegradowały mały handel, wyludniły śródmieście (wraz z wadliwa polityką czynszową) i zniszczyły delikatne relacje społeczne w śródmieściu. Całości dopełniły jedne z najwyższych w Polsce opłat komunalnych - za wodę, czy użytkowanie wieczyste gruntów.

Wybudowano też wielkie inwestycje drogowe: pełną usterek Podgórną (już o tym ciągnącym się w nieskończoność, usterkowym remoncie prawie zapomnieliśmy), zabetonowany plac Wolności, przedrożone Termy Maltańskie, przeskalowaną i kosztochłonną Kaponierę (którą przebudowywano dłużej niż odbudowywano Poznań po wojnie), prowadzącą donikąd, a konkretniej do wąskiej nitki ulicznej przekształcanej aktualnie w pasaż handlowy (bez sklepów) pod nazwą ulica św. Marcin. Jest nawet wielki, wielomilionowy wiadukt nad dziurą z piachem (Grunwaldzka/Smoluchowskiego). 

Podobnie, jak w czasie Gierka dużo buduje się też w ostatnich latach mieszkań. Wtedy jednak łatwiej było je dostać (mimo czekania po 10, 15 lat) i były tańsze, a koszty budowlane spłacało państwo za pieniądze z kredytów zagranicznych, które obciążały nas jeszcze niedawno. Dziś ciężar tych kredytów w całości przerzucono na nabywców mieszkań, czyniąc z nich nierzadko dożywotnich niewolników spłaty. A deweloperów jakoś ciągle stać na kupowanie kolejnych gruntów w Poznaniu (także tych, gdzie nie powinno się budować). 

W przeciwieństwie do siermiężnej epoki Gierka mamy dziś zamiast progresu, zapaść ludnościową. Drastyczny spadek liczby zameldowanych mieszkańców poniżej magicznej granicy pół miliona i zaledwie kilkunastotysięczny dystans, jaki dzieli nas od Gdańska, oraz tylko nieco większy - od Szczecina, to ponura wróżba na przyszłość. Depopulacja Poznania przyspieszyła!

Nie pociesza bynajmniej twierdzenie, że to tylko kwestia meldunków, a większość tych ludzi i tak żyje i pracuje w Poznaniu. Owszem, nawet jeśli to prawda, to pamiętajmy, że wprawdzie pracują tu, ale eksploatują tutejszą infrastrukturę. Podatków już na rzecz Poznania prawie nie płacą, za to rozjeżdżają niedostosowane do takiej liczby samochodów miasto, bo przecież czymś muszą tu dojechać z podpoznańskich gmin, do których uciekli przed drogim i niefunkcjonalnym Poznaniem. I rzecz jasna nie ma w tym ich winy. Po prostu wybrali lepsze życie, niż to poznańskie. 

* http://lazarz.pl/?id=2&nr=12319
WASZE KOMENTARZE
Autor bloga wyłączył możliwość komentowania tego wpisu